Wracam do domu

Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Przyszła pora,  żeby i ten blog zakończył swoją działalność. To było 20 niesamowitych miesięcy, gdzie mogłam dzielić się z Wami moimi wizjami na temat naszej serialowej parki. Sześć opowiadań wieloczęściowych, jedenaście pojedynczych. Blisko 180 tysięcy odwiedzin, ponad siedemset komentarzy, a to nie wszystko, bo łapek w górę i komentarzy na Facebooku nie zliczę.  DZIĘKUJĘ – dziękuję, że powodowaliście, że na mojej twarzy gościł uśmiech, za każde miłe słowo, za każde odwiedziny i każdy komentarz. Specjalne podziękowanie dla dziewczyn z fp KaMi, czyli Kasia i Marcin z Mjm, one mają duży wpływ na to, że ten blog w ogóle zaistniał w świecie fanów Kasi i Marcina. Nie będę wymieniać każdego z osobna, bo nie chcę kogoś pominąć, ale dziękuję każdemu, kto tu był i tym samym ślad po sobie zostawił.

Kasia i Marcin. Marcin i Kasia. KaMi. Jedyna parka w historii polskich seriali, którą tak polubiłam, a to że zainspirowali mnie i popchnęli do ponownego pisania, to już w ogóle jakiś fenomen. Ich serialowa historia dobiegła końca, te widziane moimi oczami, zakończą się dziś… Jednak uważam, że oni zawsze będą gdzieś wśród nas. Taka nieśmiertelna serialowa para. Są pewne zwroty, zachowania w życiu codziennym, które wywołują z nimi skojarzenia. Są piosenki, ale są też i ludzie, których się poznało dzięki nim. I tego nam nikt, nigdy nie odbierze ;-) . Po raz ostatni zapraszam w podróż do świata KaMi i do dużego skoku w przyszłość , ostateczne pożegnanie.

Do zobaczenia…

Bruma

 

***********

***

Brunetka średniego wzrostu siedziała na ławce, stopą wiercąc dziurę w ziemi. Czekała na coś, albo może na kogoś. Na jej twarzy zagościł uśmiech i zaraz po tym pomachała do chłopaka, który właśnie do niej się zbliżał.

- Czekasz na mnie? – spytał zdziwiony, w końcu trening szkolnej drużyny koszykówki trwa ponad godzinę.

- Chyba oszalałeś. – odwróciła wzrok. – Musiałam zaliczyć zaległy sprawdzian z chemii.

- Nic nie wspominałaś. – nie wydawał się być przekonany.  – Dobra, nieważne. – wrzucił bluzę do torby.

- Przeziębisz się, wcale nie jest tak ciepło.

- Nie martw się… mamo. – roześmiał się, a ona poczuła, rumieńce na swoich policzkach, na szczęście odcień jej skóry nie był tak blady jak większości Polek, co było całkiem pomocne w tego typu sytuacjach. – Ej dobra, ja muszę lecieć.

- Już? Myślałam, że pójdziemy do Teorii.

- Sorry, ale nie dziś.- założył sportowa torbę na ramię.

- Randka? – wymusiła uśmiech patrząc mu w oczy.

- No ba! Hanka w końcu uległa. – pokazał rząd równych zębów uśmiechając się. – Do jutra.

- Cześć. -burknęła brunetka, spojrzała na telefon. – Cudownie. – właśnie odjechał jej autobus, kolejny za godzinę.

- Marta!! – na dźwięk swojego imienia obudziła się w niej nadzieja, może zmienił zdanie… – Pożyczysz mi swoje notatki z historii? – nadzieja prysła. – Tym razem Histeryczka mi nie odpuści.

- Jasne.

- Dzięki, co ja bym bez ciebie zrobił. – uśmiechnął się po raz kolejny,a potem zniknął za najbliższym zakrętem.

- Też się nad tym zastanawiam. – powiedziała sama do siebie.  Jej autobus przyjedzie za pięćdziesiąt osiem minut. Szybciej będzie w domu pieszo.

***

Wchodziła właśnie po schodach, gdy usłyszała hałas dobiegający z ogrodu. Rodziców nie powinno być w domu, więc kto mógł to być? Po drodze złapała grabie, które stały przy jednym z drzewek owocowych, jakie było jej zdziwienie, gdy po chwili zobaczyła swoją matkę kucającą przy rabacie kwiatowej.

- Jezus Maria, jak mnie wystraszyłaś! – krzyknęła.

- Ja ciebie? Myślałam, że to jakiś złodziej! – Marta odrzuciła grabie na bok.

- I chciałaś tego „złodzieja” TYM unieszkodliwić? – uniosła brwi spoglądając na leżące grabie, na co Marta wzruszyła tylko ramionami.

- Jak dziadek? – zmieniła temat.

- Jak byłam u niego pół godziny temu, to spał. Możesz iść zajrzeć.

- Piguła nadal jest?

- Nie, zwolniłam ją wcześniej, po co ma siedzieć skoro ja jestem w domu. – kobieta wróciła z powrotem do rabaty. Zruszała ziemie wokół wschodzących tulipanów. – Tata też niedługo będzie.

- Niedługo? Gdzieś się wybieracie?

- Przecież mówiłam ci wczoraj, że chcemy zmienić meble w kuchni.

- Aaa no tak, zapomniałam.

- Coś ostatnio rozkojarzona chodzisz. – spojrzała podejrzliwie.

- Mam dużo nauki.

Kobieta chciała powiedzieć coś jeszcze, gdy usłyszały trzaśnięcie drzwi wejściowych.

- Pewnie tata. – ściągnęła ogrodowe rękawiczki z dłoni i podążyła w stronę domu. – Szymon?! To ty?

W kuchni rzeczywiście zastały Szymona, stał nad kuchenką, wyjadając z garnka zupę.

- A ty to się nigdy nie nauczysz, że do jedzenia to się talerz bierze? – kobieta podeszła do niego i cmoknęła go w policzek, po czym zabrała od niego łyżkę i odgoniła od kuchenki.

- A jej co? – Szymon skinął głową w stronę Marty, która siedziała przy stole, wpatrzona w jednej punkt.

- Pewnie się zakochała. – roześmiała się w przeciwieństwie do Szymona, który wyraźnie się skrzywił. – Ooo zazdrosny tatuś. – śmiała się dalej. – Ciekawe co dziadek powie.

- A właśnie, jak on się czuje?

- Jak wróciłam, to spał i jak byłam u niego jakieś czterdzieści minut temu,to też spał.

- Zajrzę do niego.

***

Leciutko nacisnął klamkę i wszedł do środka. Wiosenne światło słońca okrywało twarz Marcina… Szymon wszedł dalej i skierował się w stronę okna. Uchylił je lekko, świeże powietrze na pewno mu nie zaszkodzi. Usiadł w fotelu. Marcin na swojej klatce piersiowej miał mały czujnik, wielkości nierozwiniętej róży, na półce stała mała skrzynka, nie większa niż popularne lunchboxy , na której można było odczytać wszystkie pomiary funkcji życiowych. I pomyśleć, że kiedyś taka machineria zajmowałaby pół pokoju. Jego oddech był niespokojny, ale jednocześnie płytki.  Drzwi skrzypnęły i pojawiła się w nich Marta.

- I co z nim?

- Jeszcze nie umarłem! – odezwał się Marcin, który otworzył właśnie oczy. – Doczekać się nie możecie czy jaka cholera?

- Tato! – obruszył się Szymon.

- No co? Zasłoń lepiej roletę, bo mi pieruńsko świeci w samą twarz.

- Ale przydałoby ci się trochę słońca. – powiedziała wchodząc do środka Justyna.

- O następna! Kochana synowa. Chcesz, to się sama połóż i niech ci słońce świeci prosto w oczy.

- Widzę, że tata w doskonałym humorze.

- Jeszcze krew we mnie nie zastygła. – zaśmiał się pod nosem.

- Jedziemy z Justyną oglądać nowe meble do kuchni. Marta z tobą zostanie.

Dziewczyna stała przy rogu łóżka i nie odzywała się , wolała obserwować.

- Widzisz synu, jeszcze niedawno nie umiałeś beze mnie nawet kroku postawić,a teraz musisz mi niańki załatwiać.- niby się uśmiechał, chociaż tak naprawdę wcale nie było mu do śmiechu.

- Taka kolej rzeczy tato. – Justyna, która do tej pory stała w progu weszła do środka i zaczęła poprawiać Marcinowi poduszkę. – Zjesz z nami?

- A co dziś serwujecie?

- Krem z cukinii z racuchami, a na drugie żeberka z warzywami i ryżem.

- To ja się zapisuje tylko na drugie.

Uśmiechnęli się do siebie,a potem Szymon przeniósł Marcina na wózek, okrył kocem i zawiózł do jadalni.

***

- Co ty taka niewyraźna dziś, co? – spytał Marcin jakiś czas później, gdy byli już sami w domu. Marta wzruszyła tylko ramionami. – Masz jakieś problemy?

- Nie, no co dziadek. Mam dużo nauki po prostu. – włożyła mu poduszkę za plecy. – Tak będzie dobrze, czy za wysoko?

- Dobrze jest. A powiedz mi, jak ta nauka ma na imię?

- Cooo? – odsunęła się spoglądając pełna zdziwienia.

- Wiesz, może jestem już stary, ale młodość całkiem dobrze pamiętam. – spojrzał w okno zasępiając się, jakby właśnie przed oczami przelatywały mu najważniejsze wydarzenia z jego życia. Po chwili przeniósł wzrok z powrotem na wnuczkę. – No, to powiesz mi?

Marta nerwowo zaczesała dłońmi włosy za uszy. Jeden gest a wywołał od razu wspomnienie.

- Twoja babcia tak robiła. – zmrużyła oczy marszcząc przy tym brwi. – O i tak też.

- Babcia?

- Babcia Kasia. – uzupełnił.

- Aaaa… – powiedziała cicho. – Jaka ona była?

Uśmiechnął się. Od razu przed oczami miał twarz uroczej, małej brunetki która tak niespodziewanie zawładnęła jego sercem. Minęły dziesiątki lat, a on nadal tak bardzo wyraźnie ją pamiętał. Każdy milimetr jej twarzy… Widział jak uśmiecha się teraz i w zakłopotaniu poprawia włosy.

- Dziadku? – Marta wyrwała go z zamyślenia.

- Umówmy się tak…- uśmiechnął się-… ty mi opowiesz o tej swojej nauce, a ja ci o babci. Zgoda? – spytał zadowolony z siebie. Mimo wieku główka nadal pracowała.

***

Wpatrywała się w podłogę, nie wiedziała w sumie od czego zacząć i czy ogóle. Bo jak to tak zwierzać się dziadkowi? Co prawda zawsze mówiła mu o wszystkim, traktowała go jak swojego przyjaciela, bo na dobrą sprawę przyjaciół w swoim wieku nie miała, nie licząc jednej przyjaciółki, ale ona sama miała teraz kłopoty rodzinne, rodzice się rozwodzili, więc nie miała serca zawracać jej głowy swoją miłostką. No właśnie miłostka, rzecz dotyczyła chłopaka,a na te tematy to jeszcze z dziadkiem nie rozmawiała.

-No?! Długo jeszcze każesz staremu dziadkowi czekać? – niecierpliwił się.

- Bo jest taki Łukasz… – powiedziała niepewnie lustrując uważnie jego twarz i każdą możliwą myśl jaką może zdradzić.

- I nie daje ci spokoju?

- No właśnie nie do końca. – uśmiechnęła się próbując ukryć, to jak bardzo jej niezręcznie. – Przyjaźnimy się od dłuższego czasu. I niby wszystko jest okej, tylko… – spojrzała na Marcina z nadzieją, że się domyśli i nie będzie musiała mówić tego na głos, jednak on milczał przyglądając się uważnie. – Nie, to nie był dobry pomysł. – stwierdziła. – Zapomnijmy o tym.  Idę zrobić herbatę. – czym prędzej wyszła nie pozwalając mu nawet na odpowiedź.

***

- Metoda kija i marchewki. – powiedział kilka minut później, gdy Marta zjawiła się w salonie z kubkami gorącej herbaty.

- Nie rozumiem. To jakaś nowa gra? – postawiła je na stoliku.

- Musisz stosować wobec tego swojego pięknisia metodę kija i marchewki.

- Oj dziadkuuuu! – nadąsała się.

- To działa cuda. Nie możesz być zbyt miła, jeśli raz czy drugi mu odmówisz czegoś mówiąc, że już się z kimś umówiłaś, to uwierz mi, że zrobi wszystko by na nowo zwrócić twoją uwagę.

- Babcia Kasia stosowała tę metodę wobec ciebie?

- Nie do końca. – uśmiechnął się. – Kasia…ona grała w otwarte karty. Wiesz co mi kiedyś powiedziała? – jej oczy z ciekawości powiększyły się. – Że zrobi wszystko, żebym się w niej zakochał.

- Żartujesz?

- Nie.

- I podziałało? – wzięła nogi do góry na sofę i usiadła po turecku.

- Nie bardzo. Z babcią przeszliśmy dość długą drogę i zanim ją doceniłem musieliśmy się rozstać.

- Dlaczego to wszystko jest takie popieprzone?

- Ej! Jak ty się wyrażasz? – Marta tylko przewróciła oczami. – Stara prawda jest taka, że zawsze chcemy to czego nie możemy mieć, albo to co mieliśmy, a straciliśmy.

- A jak to było dokładnie z tobą i babcią?

***

Gardło mu się zacisnęło, musiał robić pauzę po każdym wyrazie, żeby nie rozkleić się na dobre, zwłaszcza, że widział jak jego wnuczka ociera łzy, które płynęły z jej oczu.

- To był jednocześnie najlepszy i najgorszy dzień w moim życiu. Najlepszy, bo dowiedziałem się, że zostałem ojcem i najgorszy, bo twoja babcia odeszła bezpowrotnie. Do dziś pamiętam ten ból jaki mi wtedy towarzyszył.

- Czyli babcia nawet nie miała szansy zobaczyć swojego dziecka. – aż broda jej się zatrzęsła. – To takie niesprawiedliwe.

- Bo życie rzadko jest sprawiedliwe.

- Brzmi zachęcająco. – burknęła, ale po chwili oboje się uśmiechnęli mimo wszystko.

- Przymknę oczy na chwilę, zmęczyła mnie ta podróż w przeszłość. – powiedział Marcin po czym oparł głowę o zagłówek fotela i zamknął oczy. Westchnął ciężko, w pierwszej chwili wystraszyło to lekko Martę, bo brzmiało tak jakby miał problemy z oddychaniem, wstała i nakryła go kocem po samą szyję.

***

- Długo spałem? – spytał przecierając oczy jedną dłonią.

- Nie, jakieś piętnaście minut, może dwadzieścia. – odpowiedziała mu wyglądając przez okno.

- I co tam ciekawego widzisz za tym oknem, co?

- Że to kot pani Burskiej niszczy mamy rabatki, a nie nasz Togo.

- A właśnie, gdzie ta łajza jest?

- Wczoraj go wypuściłam, to dziś go jeszcze nie widziałam, pewnie gdzieś zabalował, marzec jest. – zaśmiała się, a Marcin tylko jej zawtórował.  – A rodziców też nie widać…

- Skarbie, idź do mojego pokoju.

- Źle się czujesz? – doskoczyła do niego.

- Nie! Idź do mojego pokoju i w górnej szufladzie stolika nocnego znajdziesz pudełko. Przynieś je. – zmrużyła oczy. – No idź! – pogonił ją.

Rzeczywiście, w górnej szufladzie stolika znalazła średniej wielkości pudełko. Z jednej strony miała chęć zajrzeć od razu,a z drugiej brakowało jej śmiałości.

- To? – spytała wracając z powrotem do salonu.

- Tak. – poprawił się delikatnie na fotelu, próbując usiąść wyżej, ale słabe ciało nie ułatwiało mu tego ani trochę. -Spójrz. – podał Marcie plik fotografii. Zdjęcia z Grabiny, zdjęcia ze starego mieszkania, z wesela Ali i Pawła, sesja z brzuszkiem.

- Jakie piękne… W ogóle  babcia była piękna. – przejechała palcem po zdjęciu.

- Jesteś do niej podobna.

- Ja?

- No przecież nie ja. Ogólnie bardzo ją przypominasz, już nawet nie w wyglądzie, ale z charakteru również.

- Czemu tak rzadko o niej mówicie?

Zdziwiła go bezpośredniość pytania wnuczki.

- Bo to trudne. – uśmiechnął się niewyraźnie. – Twój tata nie znał jej, nawet nie miał szansy jej pamiętać, na dodatek czasami miałem wrażenie, że czuje się winny. Domyśliłem się tego dopiero jak ożenił się z twoją mamą. Wiesz, że urodziłaś się dopiero pięć lat po ślubie, to nie przypadek. Mój syn panicznie się bał, że coś się może stać przy porodzie.

- Ale to bez sensu, nie można się całe życie bać.

- Nie można i pewnie dlatego dziś tu jesteś.  – zamilkli oboje na chwilę.

- Babcia Ela nie była zazdrosna?

- Pewnie była. Wiedziała, że Kasia była miłością mojego życia, chociaż nie przyznawała się do tego.

- No ale przecież byłeś szczęśliwy z nią, przynajmniej ja pamiętam was jako szczęśliwie małżeństwo.

- Zgadza się, ciężko to wytłumaczyć. Kaśka… – aż westchnął. – …to było coś innego, inny wymiar.

- Oooo… jakie ładne. – Marta złapała w dłoń bransoletkę ze znakiem nieskończoności.

- Twojej babci nie przyniosła szczęścia, ale może tobie tak. – wziął jej z ręki bransoletkę i zapiął na nadgarstku dziewczyny.

- Naprawdę? Mogę?

- Jasne, jesteś jedyną osobą, która mogłaby ją nosić.

- Dziękuję. – kucnęła i przytuliła się do jego nóg, głowę kładąc na kolanach.

Marcin uśmiechając się pogładził dłonią jej głowę. Czuł, że dopada go zmęczenie, chyba pora na sen…

- Obejrzymy jakiś film? – spytała Marta, a Marcin zawahał się, już miał prosić czy nie może go odwieźć do sypialni, bo jednak wybierze sen, gdy rozdzwonił się jej telefon.

- Jezus Maria! To Łukasz!

- Metoda kija i marchewki, pamiętaj! -Marcin uniósł palec ku górze.

Dziewczyna jednym kliknięciem spowodowała, że na ekranie telefonu widziała Łukasza. Wideorozmowa.

- Co tam Młoda? Słuchaj… coś mi wypadło i jednak mam wolny wieczór, może wybralibyśmy się na jakąś pizze?

- Nie mogę.  – powiedziała szybko, żeby tylko czasami z radością nie wybuchnąć „TAK, TAK, PÓJDĘ!”

- Co? Starzy cię nie puszczą?

- Nie, po prostu już się umówiłam.

- Z kim?

- Z moim najlepszym przyjacielem na wspólne oglądanie filmu. – starała się powstrzymać by nie wybuchnąć śmiechem, zwłaszcza, że Marcin puścił jej oczko i uniósł kciuk ku górze. – Muszę kończyć, zobaczymy się w szkole!

- Brawo! – Chodakowski aż klasnął w ręce. – Moja krew!

- O rany, aż mi serce mocniej wali! – roześmiała się. – To co oglądamy ten film? – no i jak mógł jej odmówić? Zgodził się, oczywiście, że się zgodził.

***

- A wam to się jeszcze nie znudziło? – Szymon wszedł właśnie do salonu, gdzie Marcin z Martą oglądali swój ulubiony film. – Który to już raz? Dziesiąty?

- Żeby tylko! A jak wybór mebli?

- Jeśli mama zdecyduje do przyszłego roku, to będzie dobrze.

- Zawsze powtarzałem, że mężczyzna powinien puszczać kobietę na zakupy samą, ile to zaoszczędzonych nerwów. – wtrącił się Marcin.

- Późno już. Może dokończycie jutro, co?

Marta spojrzała pytająco na Marcina.

- Jutro też jest w końcu dzień. Dokończymy jutro.

- To w takim razie dobranoc dziadku i dziękuję. – cmoknęła go w policzek i szybko uciekła na górę do swojego pokoju.

Szymon spojrzał na ojca podejrzliwie.

- Co to za tajemnice?

Marcin nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko.

- Z wami się dogadać.  – machnął ręką, a potem pchnął wózek w stronę sypialni.  – Tak ci wygodnie? – spytał obniżając zagłówek łóżka, gdy Marcin leżał już w nim. – Czy za wysoko?

- Tak może być.

- Tu masz dzwonek. – włożył ojcu mały przycisk do dłoni. – To do jutra, dobranoc. – już miał wychodzić, gdy Marcin chwycił go za rękę.

- Poczekaj. Chyba za rzadko ci to mówiłem, ale twoja mama… Twoja mama kochała cię najbardziej na świecie.

- Wiem tato, wiem. – obojgu zaszkliły się oczy dlatego też Szymon czym prędzej wyszedł z pokoju gasząc za sobą światło.

***

Zaczynało świtać, ptaki powoli budziły się wesoło podśpiewując. Otworzył oczy, czuł się wyjątkowo dobrze, był pełen sił. To będzie dobry dzień. – pomyślał. Podniósł się i usiadł na łóżku. Dopiero teraz ją zauważył, stała przy oknie. Uśmiechała się do niego, a jej oczy błyszczały, tak jak zawsze błyszczały, gdy była szczęśliwa. Wyglądała pięknie, tak jak ją zapamiętał. Jego Kasia… Otaczało ją światło, jasne, wręcz oślepiające. Wstał z łóżka i podszedł do niej. Złapał ją za brodę, tak jak zawsze to robił i chciał przytulić, ale ona cofnęła się o dwa kroki i spoważniała. Wyciągnęła rękę w jego stronę. Nie bał się. Pora wracać do domu. Silnie ujął jej dłoń w swojej i podążył za jej krokiem…

Jego oddech stał się na moment niespokojny, wyjątkowo przyspieszony,a potem nagle ucichł, klatka piersiowa leciutko unosiła się.

- Wracam do domu…

Ustała. Magiczna skrzynka wielkości lunchboxa wszczęła alarm.

K O N I E C